Od pasji do prestiżu, czyli jak narodziła się legenda. Historia Mille Miglia cz. 1

2017-03-06 Od pasji do prestiżu, czyli jak narodziła się legenda. Historia Mille Miglia cz. 1

Dla miłośników zabytkowych samochodów sportowych każdy rajd Mille Miglia jest wielkim świętem. Ale tegoroczna edycja będzie wyjątkowa. Mija właśnie 90 lat, od kiedy zorganizowano pierwszy wyścig Czerwonej Strzałki, 60 lat od chwili, gdy zawieszono tę imprezę i 40 lat od decyzji o wskrzeszeniu kultowego rajdu w nowej formule. Dla Polaków Mille Miglia 2017 będzie szczególne z jeszcze jednego powodu. Znów będziemy mieli okazję kibicować załodze Perlage Team, która, tak jak przed rokiem, wyruszy na trasę Brescia – Rzym – Brescia. I znów będziemy mogli czuć satysfakcję, widząc w dłoniach uczestników rajdu butelki i puszki Cisowianki Perlage, która będzie oficjalną wodą Mille Miglia. Obecność polskiej marki w roli sponsora nie jest przypadkowa – tę imprezę od samego początku tworzyli pasjonaci.


Gdyby film "Szybcy i wściekli" nagrywano pod koniec lat 20. ubiegłego wieku, jego bohaterami mogli być czterej młodzi Włosi, którzy wymyślili rajd Mille Miglia. Połączyła ich miłość do wyścigów samochodowych i… wściekłość na włoskie władze, które w 1925 roku przeniosły Grand Prix Italii z ich ukochanej Brescii na nowo wybudowany tor Monza. Żeby uzmysłowić sobie, jaki gniew wywołała ta decyzja, spróbujcie wyobrazić sobie taką sytuację. Oto Polski Związek Narciarski buduje nową skocznię, dajmy na to w Jeleniej Górze, i przenosi tam zawody Pucharu Świata, rozgrywane dotąd na Wielkiej Krokwii. Mieszkańcy Zakopanego, pozbawieni tej prestiżowej i przynoszącej ogromny rozgłos imprezy, z pewnością nie byli zadowoleni i niewykluczone, że chwyciliby za ciupagi.


W Brescii 90 lat temu za ciupagi nikt nie chwycił, ale frustracja była ogromna. I trudno się temu dziwić, bo to właśnie w tym mieście narodziła się tradycja włoskich rajdów samochodowych. Już w 1899 roku rozegrano tu Wielki Wyścig Uliczny, potem przez trzy lata organizowano Tygodnie Motorowe, a tor wyścigowy w pobliskim Montichiari był przez lata areną najwspanialszych imprez rajdowych, włącznie z pierwszym Grand Prix Italia z 1921 roku. I nagle rok później wszystko to zniknęło, a Monza odebrała Brescii tytuł motoryzacyjnej stolicy Włoch. I pewnie tak już by zostało, gdyby nie czterej pomysłowi i nieco szaleni młodzieńcy, którzy wymyślili coś, co przyćmiło nie tylko imprezy rozgrywane na Monzie, ale i inne wyścigi świata.

 

Pomysł na rajd inny niż wszystkie zrodził się, a jakże, w samochodzie, którym Franco Mazzotti i Aymo Maggi pędzili po drogach w okolicach rodzinnej Brescii. Ci dwaj zakochani w szybkich autach arystokraci regularnie wybierali się na przejażdżkę do nieodległego Mediolanu, a ich ulubionym fragmentem tej trasy był odcinek między miasteczkami Romano i Bariano. Droga wiodła tu wzdłuż torów kolejowych, dzięki czemu Franco i Aymo mogli ścigać się z pociągiem. Regularne wygrywanie pojedynków z lokomotywą szybko im się jednak znudziło, ale samo ściganie się po drogach publicznych uznali za ekscytujące wyzwanie. Stąd był już tylko krok do stworzenia ekstremalnego rajdu, który w przeciwieństwie do słynnego Le Mans czy znienawidzonego Grand Prix Italia na Monzie, będzie rozgrywany nie na torze, ale na zwykłych drogach. Ich pomysł nabrał ostatecznych kształtów w grudniu 1926 roku, gdy Mazzotti i Maggi poznali Renza Castagneto i Giovanniego Canestriniego. Ten pierwszy był sekretarzem Królewskiego Automobilklubu w Brescii i choć pełnił tę funkcję od niedawna, to dał się poznać jako świetny organizator. Z kolei Canestrini był dziennikarzem, który pisał o wyścigach samochodowych do "La Gazzetta dello Sport". Z rozmów tej czwórki szybko wyłonił się szalony plan stworzenia niezwykłego rajdu. Założenie rajdu było proste – musi być morderczy dla kierowców i widowiskowy dla publiczności. Wybór trasy w tej sytuacji był formalnością. Impreza musiała zaczynać się i kończyć w Brescii, żeby wszyscy Włosi przypomnieli sobie, że to miasto jest kolebką rajdów, a półmetkiem musiał być Rzym, bo tam, jak wiadomo, prowadzą wszystkie drogi. Kiedy rozrysowali trasę Brescia – Rzym – Brescia na mapie i obliczyli dystans, wyszło im równo 1600 kilometrów. A wtedy Mazzotti, który rok wcześniej podróżował po Stanach Zjednoczonych, stwierdził, że to przecież ni mniej ni więcej tylko 1000 mil, mille miglia. Podobne brzmienie tych dwóch słów sprawiło, że nie trzeba już było wymyślać nazwy wyścigu, bo Mille Miglia pasowało idealnie. Trzeba było jednak ten rajd zorganizować, co wziął na siebie Castagneto. I szybko potwierdził, że zasłużenie cieszy się opinią człowieka zdolnego załatwić wszystko, a zwłaszcza to, czego załatwić się nie da. Aby móc przeprowadzić wyścig publicznymi drogami wiodącymi przez wsie i miasteczka, Castagneto musiał przekonać do tego pomysłu lokalne władze. Odbył dziesiątki spotkań i podczas większości z nich usłyszał, że on i jego koledzy mają nierówno pod sufitem. Widząc opór włodarzy regionów i miast, przez które miała wieść trasa Mille Miglia, Renzo postanowił wykorzystać swoją znajomość z Augusto Turatim, który od kilku miesięcy pełnił funkcję sekretarza Narodowej Partii Faszystowskiej i cieszył się ogromnym zaufaniem premiera Benito Mussoliniego. Turatiemu, który też był mieszkańcem Brescii, pomysł niezwykłego rajdu bardzo się spodobał. Gdy rozesłał do niechętnych oficjeli pismo, w którym napomknął, że organizatorzy Mille Miglia mają oparcie samego Duce, wszelkie przeszkody zniknęły.

Autor: Artur Grabarczyk