Czterej muszkieterowie, Syn diabła i Człowiek z lodu. Historia Mille Miglia cz. 2

2017-03-09 Czterej muszkieterowie, Syn diabła i Człowiek z lodu. Historia Mille Miglia cz. 2

I tak 27 marca 1927 roku, równo cztery miesiące po tym, jak Mazzotti, Maggi, Castagneto i Canestrini obmyślili szczegóły nowego wyścigu, ruszył pierwszy Rajd Tysiąca Mil. Na linii startu przy Viale Venezia w Brescii stanęło 77 załóg. O godzinie 8 rano Renzo Castagneto machnął chorągiewką i kierowcy popędzili w stronę Rzymu. Wśród nich był jeden z pomysłodawców rajdu Aymo Maggi, który usiadł za kierownicą sportowej Isotty Fraschini Tipo 8A. Obok niego na fotelu pilota siedział Bindo Maserati, inżynier i współwłaściciel raczkującej wtedy fabryki sportowych aut. Maggi do rywalizacji na trasie z Brescii do Rzymu i z powrotem przystępował w roli faworyta. Miał świetne auto, świetnego pilota i mnóstwo sukcesów na koncie. Rok 1926 był dla niego bardzo udany – zwyciężył w Circuito del Garda, w Grand Prix Rzymu i w Pucharze Etny. Miał więc powody sądzić, że na mecie Mille Miglia zamelduje się jako pierwszy. Przeliczył się jednak, bo nie docenił tego, że wyścig, którego był współautorem, jest rzeczywiście inny niż wszystkie. Na metę w rodzinnej Brescii dotarł dopiero na siódmym miejscu. Pierwszą edycję Rajdu Tysiąca Mil wygrał Ferdinando Minoia (ten sam, który cztery lata później został pierwszym w historii zwycięzcą Samochodowych Mistrzostw Europy). 43-letni wówczas "Nando" pokonał trasę w 21 godzin, co oznacza, że jechał ze średnią prędkością 77 km/h. Mało rajdowe tempo? Dziś większość z nas rozwija większą prędkość w drodze do pracy? Owszem, ale warto pamiętać, że Minoia utrzymał takie tempo przez 1600 kilometrów krętych dziurawych dróg, na których odbywał się normalny ruch, a jego OM 665 Superba nie miał pasów bezpieczeństwa, wspomagania kierownicy ani amortyzatorów, a opony miał niewiele szersze od tych, które dzisiaj są stosowane w rowerach.


Ale triumfatorami pierwszego Mille Miglia byli przede wszystkim młodzi pomysłodawcy tego rajdu. Czterej muszkieterowie, jak ich nazywano, nie musieli już nikogo przekonywać do swojej imprezy. Włosi pokochali ich wyścig, ekscytowali się tym, że mogli podziwiać zmagania kierowców siedząc w oknach swoich domów. A gdy po pierwszej edycji pełen uznania i pochwał list przysłał organizatorom sam Benito Mussolini, stało się jasne, że Mille Miglia na stałe zagości w kalendarzu najważniejszych imprez motoryzacyjnych Europy i co roku będzie przyciągać spragnionych adrenaliny i sławy rajdowców.


 

Drugą i trzecią edycję Mille Miglia zdominował Giuseppe Campari, jedna z najbarwniejszych postaci włoskiego sportu motorowego. Ten wyróżniający się sporą nadwagą mężczyzna, który z niemałym trudem zajmował miejsce za kierownicą swojej Alfy Romeo 6C Spider Zagato, po krętych drogach poruszał się tak szybko i zwinne, że rywale nie mieli najmniejszych szans, by odebrać mu zwycięstwo. Campari był też ulubieńcem kibiców, których serca podbił nie tylko dzięki swoim wyczynom rajdowym. Jego drugą pasją i profesją był śpiew operowy. Jedna z legend Mille Miglia głosi, że gdy Campari w 1928 roku jako pierwszy dojechał do mety, zaserwował wiwatującej na jego część publiczności wiązankę popularnych arii operowych, co oczywiście wzbudziło jeszcze większy entuzjazm tłumów. Rok później, gdy ponownie triumfował w Rajdzie Tysiąca Mil, powtórzył ten spektakl. W 1930 roku Campari nie miał już jednak okazji śpiewać kibicom w Brescii. Gdy po niespełna 17 godzinach dotarł na metę, dowiedział się, że jest dopiero trzeci, a tłum od ponad pół godziny wiwatował już na cześć Tazio Nuvolariego, który nie tylko wygrał rajd, ale przejechał całą trasę ze średnią prędkością ponad 100 km/h. Wyścig Mille Miglia miał nowy rekord i nowego bohatera, a Włochy nowego idola. Dla Nuvolariego, który zaledwie dwa lata wcześniej zaczął się ścigać w rajdach, triumf w Mille Miglia był wstępem do wielkiej kariery. I choć potem wygrywał wiele prestiżowych wyścigów, na czele z Samochodowymi Mistrzostwami Europy w 1932 roku i 24-godzinnym Le Mans w 1933 roku, to do końca życia miał ogromny sentyment do "Czerwonej Strzałki". Na starcie w Brescii stawał wielokrotnie i za każdym razem jego nazwisko wymieniano w gronie faworytów do zwycięstwa. Nivola, jak go pieszczotliwie nazywano, pierwsze miejsce zajął jeszcze tylko raz, w siódmej edycji Rajdu Tysiąca Mil, ale nawet gdy przegrywał, cieszył się uwielbieniem kibiców. Jeździł brawurowo, widowiskowo, nie przejmował się stłuczkami czy awariami i jeśli tylko po kraksie jego auto było w stanie ruszyć z miejsca, kontynuował wyścig. Szaleńczy styl jazdy sprawił, że Nuvolari określany był mianem "Człowieka, który nie zna strachu" lub, bardziej dosadnie, "Synem diabła". Emocje kibiców rozpalały jego pojedynki z dwoma innymi legendami Mille Miglia – Achille Varzim i Clemente Biondettim. Ten pierwszy był zupełnym przeciwieństwem narwanego Nivoli, zawsze chłodny, opanowany z kamienną twarzą zachowywał się tak, jakby zwycięstwo było ostatnią rzeczą, na jakiej mu zależało. W 1934 roku "Człowiek z lodu", bo taki przydomek nosił Varzi, doprowadził Nuvolariego do szewskiej pasji tym, że zameldował się na mecie o zaledwie osiem minut wcześniej i pozbawił go szans na trzecie zwycięstwo w Mille Miglia. Achille zrewanżował się tym samym za rajd sprzed czterech lat, kiedy nie był w stanie pokonać Nivoli i musiał się zadowolić drugim miejscem.

 

Autor: Artur Grabarczyk