Wielcy przegrani i koniec wyścigu. Historia Mille Miglia cz. 4

2017-03-20 Wielcy przegrani i koniec wyścigu. Historia Mille Miglia cz. 4

Rajd Mille Miglia miał też swoich wielkich przegranych. Ich uporczywe starania o to, by choć raz wygrać ten wyścig, budziły niemniejszy podziw niż wyczyny triumfatorów. Jednym z największych pechowców był Giuseppe Farina, który trzykrotnie ocierał się o zwycięstwo, ale za każdym razem ostatecznie zajmował drugą lokatę. Najbardziej przeżywał to w 1936 roku, gdy do zwycięzcy stracił zaledwie… 32 sekundy. Trzykrotnie z utratą szansy na zwycięstwo musiał też godzić się Argentyńczyk Juan Manuel Fangio. Argentyńczyk, który pięć razy sięgał po tytuł mistrza świata Formuły 1, Mille Miglia ukończył raz na trzecim i dwa razy na drugim miejscu. On z kolei najbardziej nie mógł przeboleć rajdu z 1953 roku, kiedy zwycięstwo odebrał mu młody elegancik Giannino Marzotto. Mającego wówczas zaledwie 25 lat młokosa starzy wyjadacze Mille Miglia nie traktowali jako groźnego konkurenta. I to nie tylko z racji wieku i nikłego doświadczenia w rajdach. Marzotto na starcie w Brescii wyglądał tak, jakby jechał na randkę, a nie na dwudniowy rajd. W eleganckim garniturze, śnieżnobiałej koszuli i niebieskim krawacie wyraźnie odróżniał się od ubranych w rajdowe uniformy zawodników. Na trasie też odróżniał się od reszty. Giannino, jadący Ferrari 340, pędził ze średnią prędkością 142 km/h i pokonał całą trasę w 10 godzin i 37 minut. Nie tylko zwyciężył, ale ustanowił też nowy rekord Mille Miglia.


Po raz drugi Fangio musiał przełknąć gorycz porażki w 1955 roku, kiedy w drodze po zwycięstwo wyprzedził go Brytyjczyk Stirling Moss. Argentyński mistrz kierownicy podjął przed startem zdumiewającą decyzję – postanowił pokonać rajd sam, bez wsparcia pilota. Pytany o to, dlaczego to robi, odpowiedział: "Każdy z nas tutaj to szaleniec, ale ja przynajmniej jestem szaleńcem odpowiedzialnym". Rezygnacja z nawigatora okazała się jednak poważnym błędem w obliczu tego, co miał w zanadrzu Moss i jego partner. Brytyjczyk na fotelu pilota posadził swojego przyjaciela Denisa Jenkinsona, dziennikarza i kierowcę rajdowego. Denis perfekcyjnie się do swojego zadania przygotował. Przed rajdem przejechał całą trasę i sporządził drobiazgowe notatki – kilometr po kilometrze zaznaczył każdy zakręt, hopkę, zwężenie drogi. Notatki przepisał na rulon papieru, włożył go do pudełka i potem w czasie rajdu podawał Mossowi precyzyjne informacje na temat tego, co czeka go na każdym kilometrze drogi. Genialny wynalazek Jenkinsona, który dziś jest powszechnie używany przez pilotów rajdowych, pozwolił Mossowi na szaleńczą nawet jak na standardy Mille Miglia jazdę. Brytyjczyk przejechał 1600-kilometrową trasę w zaledwie 10 godzin, 7 minut i 48 sekund, co oznacza, że jechał ze średnią prędkością 157, 6 km/h. Rekordu, który wtedy ustanowił, nikomu już nie udało się pobić. Jakim cudem Moss wykręcił taką średnią i ukończył wyścig w tak krótkim czasie, mimo że na jednym z etapów miał zderzenie z ciężarówką. Sekret wyjawił on sam. Przyznał, że nie zwalniał nawet wtedy, gdy na jezdni pojawiali… się przechodnie. Po prostu omijał ich jak tyczki podczas slalomu. Robili tak zresztą niemal wszyscy uczestnicy Mille Miglia. Herbert Linge, który wystartował w tej imprezie w 1954 roku jako pilot Hansa Herrmanna, wyznał po latach, że niewiele zabrakło, a obaj straciliby życie pod kołami rozpędzonego pociągu. Widząc zamykające się szlabany Hermann nie hamował tylko jeszcze dodał gazu, po czym razem z pilotem pochylili głowy i przemknęli pod zaporami. Ich Porsche 550 Spyder o włos prześliznęło się przed nadjeżdżającym pociągiem.

Ale nie zawsze brawurowe manewry kończyły się szczęśliwie. Do największej w historii Rajdu Tysiąca Mil tragedii doszło w 1957 roku. Drugiego dnia wyścigu, 12 maja, hiszpański markiz Alfonso de Portago stracił panowanie nad swoim rozpędzonym Ferrari i wpadł w grupę kibiców. Zginął na miejscu, życie stracił też jego pilot i dziewięć innych osób. Niedługo później pod Florencją wydarzyła się kolejna tragedia – z trasy wypadł Joseph Göttgens i w wyniku obrażeń zmarł tuż po przewiezieniu do szpitala. Rajdu nie przerwano, ale oba wypadki wstrząsnęły uczestnikami i organizatorami. Piero Taruffi, który zwyciężył w tamtej edycji wyścigu, kilka miesięcy później opublikował w jednej z gazet znamienny tekst "Powstrzymajcie nas, zanim znów kogoś zabijemy". On sam podjął już wówczas decyzję o zakończeniu kariery rajdowej, o co prosiła go żona, wstrząśnięta wypadkiem spowodowanym przez markiza de Portago. W rajdzie Mille Miglia nie wystartował już ani Taruffi, ani żaden inny rajdowiec. Władze Włoch uznały, że wyścig stał się zbyt niebezpieczny i zakazały organizowania kolejnych edycji.


Trzydzieści lat fenomenalnych zmagań kierowców rozgrywanych w przepięknych plenerach północnych Włoch sprawiło, że Mille Miglia stał się wydarzeniem, którym żyły miliony kochających wyścigi samochodowe ludzi. Szybko stało się jasne, że "najpiękniejszy wyścig świata" nie może tak po prostu zniknąć. Długo szukano formuły wskrzeszenia tej imprezy, aż w końcu 40 lat temu Rajd Tysiąca Mil powrócił jako wyścig dla kierowców zabytkowych samochodów sportowych. Trasa, jak dawniej, wiedzie z Brescii do Rzymu i z powrotem, ale kierowcy nie walczą już o jak najszybszy przejazd, ale o to, by kolejne etapy pokonywać w ściśle wyznaczonym czasie. Ale tak naprawdę liczy się udział, spotkanie z pasjonatami dawnych aut z całego świata, dotknięcie magii, którą 90 lat temu stworzyli czterej muszkieterowie z Brescii.
 

 

Autor: Artur Grabarczyk