Czasem słońce, czasem deszcz – drugi odcinek Mille Miglia 2017 za nami

2017-05-19 Czasem słońce, czasem deszcz – drugi odcinek Mille Miglia 2017 za nami

Dla kierowców z początkowymi numerami, 19 maja rozpoczął się około 6.30, kiedy to przy akompaniamencie ryczących silników i aplauzie najwierniejszych kibiców, w drogę do Rzymu wyruszyły pierwsze ekipy. Startowali z tego samego miejsca, które wczoraj zgotowało im gorące przyjęcie, czyli Prato della Valle - głównego placu Padwy. W dwudziestosekundowych odstępach sędziowie wypuszczali kolejne auta, które w krótkim czasie utworzyły wielobarwną kawalkadę. Kiedy „czterysetki” opuszczały linię startu, pierwsze samochody docierały już do Monselice. Ale to przecież nie jedyne urokliwe miasteczko na trasie dzisiejszego etapu. W kolejnych godzinach kierowcy przekraczali granice Savignano sul Rubicone, Ferrary, Ravenny czy San Marino. W tym ostatnim musieli wjechać na sam szczyt góry, zaliczyć kilka check-pointów, następnie w odpowiednim tempie zjechać ze wzniesienia, a to wszystko przy prawie trzydziestostopniowym upale. Samochody z zamkniętym dachem taka pogoda zamienia w gorące pułapki. Z kolei kierowcy jadący w odkrytych autach są szczególnie narażeni na poparzenia słoneczne, o unoszącym się kurzu i drobnych kamykach nie wspominając.


Po chwili odpoczynku i lunchu w San Marino samochody wyruszyły w dalszą trasę, pokonując m.in. Todi, Asquaspartę i San Gemini. W końcu nie bez powodu Mille Miglia nazywany jest Najpiękniejszym Wyścigiem Świata. Raz, że startują w nim prawdziwe perełki motoryzacyjne - auta, których sam widok cieszy oko i ucho, dwa, że trasa, którą pokonują, biegnie przez najpiękniejsze zakątki Włoch. Wyścig pozbawiony wad? Nie do końca.


Trasa drugiego dnia zmagań została zaplanowana na ponad 600 km, wśród których kierowcy musieli się zmierzyć z aż 35 odcinkami specjalnymi. Po dość płaskim pierwszym etapie, szlaki drugiego dnia wyścigu prowadziły głównie przez górskie serpentyny. Czy spowalniały one kierowców? W żadnym razie. Mille Miglia nie jest bowiem wyścigiem rozgrywanym na czas, a na precyzję. Co to dokładnie znaczy? Że dla kierowców startujących w Wyścigu Tysiąca Mil kluczową kwestią jest utrzymanie stałej prędkości wyznaczonej przez organizatorów albo pokonanie odcinka w ściśle podanym czasie. Jak sobie z tym wyzwaniem radzą najlepsi? Zeszłoroczny zwycięzca pomylił się średnio o jedyne 0.03 sekundy! Do takich zadań zostały stworzone odpowiednie systemy pomagające w kalibracji czasu. I właśnie jeden z nich uległ awarii w Astonie Martinie DB 2/4. Na szczęście nowy egzemplarz przyleciał dziś z Polski i w nocy zostanie zamontowany w aucie. Wygląda na to, że ekipę mechaników czeka bardzo krótka noc.


A co słychać w czerwonym Astonie Martinie 15/98? Napędził nam dziś sporo strachu, bo zniknął z pola widzenia i mapy trackującej na większość dnia, powodując tym samym serię czarnych myśli. Na szczęście odnalazł się w samą porę, czyli w momencie przyjazdu na metę drugiego dnia wyścigu. Rzymski finał ustawiony został na Via Veneto, nieopodal parku okalającego Villa Borghese, gdzie kierowcy parkowali swoje auta w kolejce, czekając na możliwość wjazdu na linię mety. Warto podkreślić, że godzina przyjazdu załogi na metę jest z góry określona – w końcu mówimy o wyścigu na precyzję. Pech chciał, że kierowców kończących etap po 23.00, w tym Dorotę i Krzysztofa Weka w Astonie z 1955 r., finisz w Wiecznym Mieście zaskoczył… ulewą. W dzień upał, w nocy burza. Niby typowa letnia pogoda, a jednak chyba nikt z kierowców i zgromadzonych kibiców do końca nie wierzył w taki obrót sprawy. Załoga Perlage Team z numerem 355 ostatecznie nie zdecydowała się na uroczyste przekroczenie mety i prosto z punktu kontrolnego w parku skierowała się na parking, gdzie auto przejęli mechanicy. Deszcz w Rzymie nie ustawał jeszcze przez kolejne godziny. Ulice zaczęły zamieniać się w wielkie kałuże, część startujących w wyścigu aut, a garażowanych pod gołym niebem, będzie mieć jutro poważny problem z osuszeniem samochodów. Czy będzie to rzutować na poranny start? Przekonamy się już niebawem.